Travellerspoint Blogi z podróży

This blog is published chronologically. Go straight to the most recent post.

I znowu przyszła zima

Na lotnisku w Amsterdamie

(lotnisko w Amsterdamie -w oczekiwaniu na połączenie do Buenos Aires).

W tym roku wybór miejsca był dość trudny. Kryzys w Wenezueli (skutki widziałem już przy zeszłorocznym pobycie w Kolumbii) zmusił mnie do skreślenia z listy (z wielkim bólem) Kolumbii. Pod wpływem sugestii Kuby i z listy wcześniejszych planów na pierwsze miejsce wskoczyła Argentyna, chociaż (jak głoszą media) tu w pełnym galopie kryzys ekonomiczny; na miejscu zobaczę jak go się odczuwa no co dzień.
A tak naprawdę to uświadamiam sobie jak niewiele wiem o Argentynie, No bo z czym kojarzy nam się Argentyna (a Tobie?):
(tu czas do namysłu)
- myślimy ! myślimy!

tango (i Buenos Aires), piłka nożna (i Messi i Maradona), długotrwały kryzys ekonomiczny, mroczne czasy dyktatury; Patagonia (i gaucho), Ziemia Ognista (choć to może trochę i Chile)";

druga myśli:
papież Franciszek, Che Guevara, Cortazar ("gra w klasy"), bitwa o Falklandy, docelowy kraj sporej liczby emigracji, najwyższy szczyt a Ameryce Południowej

Trochę mało, trzeba będzie trochę poszperać i poczytać.
A ja czytam teraz dzieciom "Dzieci kapitana Granta i stąd wiem, (co mnie trochę zaskoczyło), że Buenos Aires leży mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co koniec Afryki (przylądek Dobrej Nadziej) i jak sprawdziłem, Argentyna ma długość koło 3800 km (dla uświadomienia to mniej więcej odległość z Wilna (na Litwie) do Lizbony (Portugalia) i powierzchnię 9 razy większą niż Polska. To duży obszar i nie wiem gdzie będę, zobaczę na miejscu a droga sama poniesie.

Wysłane przez a.gogolewski 10:23 Kategoria Holandia Komentarze (0)

Buenos Aires

szczyt G20


Zobacz trasa 2018 a.gogolewski's na mapie.

Temperatura przy lądowaniu +16st (no ale właśnie dochodzi 6:00 rano), później będzie 24-26, no ślicznie.

Dojazd z lotniska jak po sznurku (oczywiście miejskim autobusem. wcześniej musiałem się zaopatrzyć i naładować kartę SUBE - taka karta do płacenia za wszystkie środki transportu publicznego w ramach wielkiego Buenos Aires). Cyrk zaczął się przy dojeździe. Kierowca wypuścił nas (na lotnisku dołączył się do mnie młody Niemiec) przy siedzibie kongresu. Dalej wszystkie drogi zostały zablokowane (najpierw dla ruchu pojazdów, a potem w wielu miejscach także dla ruchu pieszego. Własnie dzisiaj zaczyna się szczyt G20 a przy okazji szykują się demonstracje anty-.
Całe centrum wygląda jak po jakimś kataklizmie. Wszystko zamknięte (z wyjątkiem kilku knajpek i sklepów), 0 ruchu, prawie nie ma ludzi - dziwne wrażenie.

(sobota-niedziela) chłodno (tylko 20 st), miasto w dalszym ciągu częściowo sparaliżowane, chociaż zniknęły te metalowe zapory blokujące przejścia (zostały w sporadycznej ilości), reszta_barierek.jpg dalej nie chodzi metro, szybka komunikacja miejska jak i komunikacja dalekobieżna (autobusy i pociągi), czyli miasto docięte od świata . W hotelu mam kilku "gotujących się" ludzi, którzy przejazdem wpadli do Buenos Aires, chcą jechać dalej, a tu szlaban. Pod wieczór zaczęły się otwierać restauracji, knajpki i sklepy.

Na początek chciałem zobaczyć to co jest polecane. Plaza de mayo, 2f147630-f68a-11e8-9623-e93afa2cfbf7.jpgkatedra, poszedłem sobie do Boca, polecana dzielnica artystów i kolorowych domów. Niby ładnie, boca.jpgale wszystko jest na pokaz i dla turystów. tango.jpg Musiałem odejść kawałek, aby znaleźć się w normalnym otoczeniu. (Ale teraz przynajmniej wiem, gdzie grają Boca Juniors). Teatr Colon (odblokowany dopiero w niedzielę) w którym w piątek odbywało się przedstawienie dla G20.
Centrum ładne, ale bardziej kojarzy się z dowolnym zadbanym, czystym miastem europejskim niż z Ameryka Południową. Szerokie przelotowe aleje w połączeniu z wąskimi uliczkami, stosunkowo dużo zieleni. fikus.jpg Coś ładnie teraz kwitnie large_cos_kwitnie.jpg (kto wie, co to?).
Rzuca się w oczu brak (no to raczej nie rzuca się w oczy) bankomatów.

PS. Co do poprzedniego wpisu: od razu dostałem sprostowanie od Oli, że w Argentynie obrazą jest nazwanie wysp o których była wojna argentyńsko - angielska tak jak ja nazwałem (i jest u nas w publicznym obiegu więc nie powtarzam) inaczej niż Malwiny.

Wysłane przez a.gogolewski 15:49 Kategoria Argentyna Komentarze (2)

Concepcion del Uruguay

Pierwszy punkt podróży Cocepcion del Uruguay. Wybór dość losowy. Postanowiłem przemieścić się na północ i była to pierwsza miejscowość w odległości 4-5 godz. jazdy autobusem. Niby jakieś 300 km, ale na mapie, to prawie się nie oddaliłem od stolicy.

Miasto leży nad rzeka Uruguay. Są tu plaże (obok miasta jest plaża ciągnąca się przez 11km. i wszyscy z dumą opowiadają, że jest to najdłuższa plaża w Ameryce Południowej). Na rzece jest wyspa z zaznaczonym obszarem chronionym. wyspa.jpg. Tak więc był to pierwszy punkt programu. Po przejściu przez most zobaczyłem z boku niepozorną ścieżkę, no to oczywiście tędy. Ta rzeczka co widać go odnoga Uruguay. Prawdziwe (wielka) rzeka (z granicą) jest za wyspą.Po kilkunastu minutach doszedłem do terenu, gdzie stało kilka komórek i wyraźnie tu ścieżka się kończyła. Wyszedł do mnie jakiś facet. Wyciągnął rękę, powiedział jak się nazywa i po kilku początkowych pytaniach zaproponował czy nie napiję się z nim mate. Po kilku minutach przyszedł jego brat z kolegą. I zaczęły się opowieści i rozmowy. Najpierw o sposobie przyrządzania mate, potem o wyspie, o jego posiadłości, statusie prawnym, natychmiastowy przeskok na rządzących, historię Argentyny w ciągu ostatnich 40 lat, co robić, aby sytuacja się poprawiła, stan gospodarki,.... Kubeczek z mate krąży, siedzi się dobrze (cień - a jest 29st, woda, jakieś ptaki w gałęziach). I tak nie wiadomo kiedy minęły 3 godz. ca74eea0-f8da-11e8-aab6-c5f9d75957c3.jpg

W ogóle, jak na razie spotykam sympatycznych ludzi (w autobusie, tu gdzie mieszkam, na wyspie). Bardzo dużo mi opowiadają co jest ciekawego w okolicy i gdzie warto pojechać. Co prawa jest pewna trudność. Tutaj wymawia się sz zamiast j, co na początku przysparza sporo kłopotów. Cały czas słyszy się szo, sza , esza, sisza, aszer, szerba (i człowiek musi przetworzyć co to znaczy: yo-ja, ya-już, ella -ona, silla-krzesło, ayer-wczoraj, yerba).

To co mnie zaskoczyło, to brak miejsc do jedzenia i totalnym spokojem. W Columbii ulica kipi aktywnością: oprócz normalnych sklepów sprzedaje się na ulicy: książki, płyty, ubranie, wszystko. Po parkach chodzą sprzedawcy kawy, napojów, lodów. Mnóstwo knajpek (domowych), ulicznych straganów przyrządzających i sprzedających coś do jedzenia. Czyściciele butów, sprzedawcy loterii, uliczni grajkowie. Podczas jazdy autobusem na każdym przystanku ktoś wchodzi z kanapkami, piciem.
Tu tego nie ma (nie wiem czy tak jest wszędzie). Natomiast, co może wpędzić w alkoholizm, jest tanie i dobre wino (tańsze od piwa, które aby było śmieszniej, tutaj sprzedaje się w 1,5 l. butelkach)

Concepcion del Uruguay miał być tylko punktem tranzytowy, a trochę się zasiedziałem. Może dlatego, że jest to miasteczko w którym "czas stoi w miejscu", w południe wszystko zamknięte, tak więc łatwo się dostroić i przestać się spieszyć. Niby ciekaw jestem co jest dalej - ale może manana.

Wysłane przez a.gogolewski 14:25 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

Encarnación - Paraguay

i ruiny w Trinidad'zie

Jeszcze garść spostrzeżeń ogólnych. To dlaczego odbieram Argentyńczyków jako sympatycznych, to chęć rozmowy, co uświadamia mi, że rzeczywiście wielu z nich ma włoskie korzenie i dlatego tak lubią mówić. Dla mnie to fajnie, bo odbieram niezłe lekcje języka. (bo oprócz tego sz- o którym pisałem pojawia się forma "vos" ze swoją własną odmianą czasowników. Facet z wyspy (Pedro) był świetny: mówił wyraźnie, kwieciście, używał powiedzeń (które mi tłumaczył), gestykulował (pokazywał to co mówi). Ale na przykład 75 letni gość, który mówi szybko i urywając wszystkie końcówki - to już niezła szkoła jazdy. W większości rozmów od razu jest przejście do polityki, a raczej do totalnego narzekania na rządy w ostatnich wielu latach: kradzież, a raczej grabienie do siebie (tu dostaję stale listę nazwisk, kto kradł najwięcej), korupcja, rozdawnictwo pieniędzy, bezrobocie, potworne zadłużenie. Nastroje raczej minorowe, zwłaszcza jak się było jednym z najbogatszych krajów Ameryki Południowej, jednym z centrum światowej mody, kultury,.. I to jest taka nostalgia, która nie wyzwala energii do działania. Może to trochę spowodowane jest tym, że rozmawiam ze starszymi ludźmi (no w moim wieku) i nie wiem jak jest wśród młodzieży.

I jeszcze komentarz odnośnie mate. wiedziałem, że jest to napój narodowy, tzn. że jak się coś pije (tak jak u nas herbatę) to się pije mate. Ale oni piją mate stale, chodzą z termosami i kubeczkami (to fajny widok w jednej ręce jakaś torba, w drugiej kubeczek i termos pod pachą) i co chwila dolewają sobie kolejna porcję. Jak z kimś rozmawiają, to kubeczek krąży. Z tym że jest tylko jedna bombilla , czyli ta metalowe rurka do picia, tak więc spora ilość gringo odmawia poczęstunku.

Kolejna uwaga: tutejsza prasa rozpisuje się, że tak zimno w grudniu w Buenos Aires (w dzień około 20 st w nocy spadała nawet do 8st) to już nie było bardzo dawno. Tu jest cieplej i patrzę jak nadciąga fala ciepła. Dziś do 27, we wtorek ma być do 38st. (to już lekka przesada).

Ok, wracajmy na szlak. Zgodnie z radą Oli1 warto spróbować jeździć nocnymi autobusami z takimi fotelami, które rozkładają się jak łóżko. Tak więc był to klucz do następnego punktu na trasie. Miasto najdalej położone na północ (z wyłączeniem Iguazu, bo tam już byliśmy z Bożeną), tak aby autobus wyjeżdżał późnym popołudniem a dojeżdżał tam rano. Padło na Posadas (co prawda rozważałem zatrzymanie się w rezerwacje Ibarra, ale komary na wyspie+ relację ile tam jest dopiero komarów jakoś mnie zniechęciły).
Do Posadas autobus dojechał bladym świtem, a Jako że i tak nie ma co o tej porze robić, to myk w dalszą drogę. Dojazd do centrum i tu łapanie autobusu do Encarnacion (czyli miejscowości po drugiej stronie granicy, w Paraguay'u. A jako że wczesna godzina, to dojazd, jedna odprawa, przejazd, druga odprawa, dojazd do miasteczka zajął około 1 godz.
Akurat pora, aby zjeść śniadanie, znaleźć nocleg (bardziej zostawić rzeczy), wykapać się i podjechać do ruin w Trinidad'zie (oficjalnie jest to La Santisima Trinidad de Parana). Była to jedna z jezuickich misji zakładanych (ta w 1706r.) w Brazylii, Argentynie i Paragway'u. Ta misja to miasto samo w sobie. Plac spotkań (msze, śluby), kościół - dom spotkań religijnych, szkoła, warsztaty, muzeum i miejsce noclegowe dla Indian. Okres prosperity był dość krótki, bo do 1768r, kiedy to jezuici zostali wyrzuceni z kolonii hiszpańskich (tutaj trzeba by pogrzebać w historii, jak to było - no chyba że ktoś wie, to proszę błysnąć). Dzisiaj są to tylko ruiny (chociaż jest to miejsce na liście dziedzictwa światowego UNESCO).
Po południu znowu zobaczyłem Amerykę jaką lubię. Ludzie2 - przewaga rysów indiańskich (i postury, jak to mówił Zagłoba do Michała3: na olbrzyma Waść nie wyglądasz); stragany, budki, comedor'y (mnóstwo miejsc do jedzenia o każdej porze dnia, nic się tu w południe nie zamyka), trochę bałaganu, ale jest ruch i gwar. Potem dodatkowo odkryłem fajną rzeczną plażę a przy powrocie, przy katedrze taki obrazek.tablica.jpg Myślałem że jadę do nic nieznaczącego miejsca na mapie, a tu proszę, proszę.

A jeszcze jedna uwaga (dla tych, którzy uważają, że żyjemy w kraju szczególnie doświadczonym przez historię). Krótka historia Paragway'u. Po uzyskaniu niepodległości (początek XIXw) , był to jeden z bogatszych krajów Ameryki Południowej. Potem władze przejmowały dyktatury prowadzące politykę nacjonalistyczną, izolacyjną i protekcjonistyczną (no,no,no). Doprowadziło to wojny Guerra de la Triple Alianza, w której Paragway stracił 50% swojej ludności (w tym 2/3 dorosłych mężczyzn)!!! i 25-33% terytorium, na rzecz trójki rozbiorców (no,no): Brazylii, Argentyny i Urugway'a. Ma jeszcze tylko jednego sąsiada - Boliwę, z którą w XXw. wszedł w (zwycięską) wojnę. A tuż potem 35 lat reżimu wojskowego. A po co to piszę.
Bo według niektórych badań Paraguay był/jest w czołówce najszczęśliwszych miejsc na świecie!!!
Już chyba wiem, dlaczego mnie z Argentyny ciągnęło do Paragay'u.

Kolejny dzień staje się niebezpiecznie leniwy. Rano wykąpanie się w rzece, obiad, siesta i jeszcze jedna kąpiel. Plaża dość pełna. Typowy obrazek to rodzinny duży parasol, krzesełka, o mate nie wspominam, bo to oczywiste i duży pojemnik-lodówka z piciem. To normalne, ale ciekawy jest inny obrazek. Na parkingu (ciągnie się wzdłuż plaży) podobne sceny, tylko z udziałem młodzieży. Tuż przy samochodzie, parasol, krzesełka, piwo (i teraz dopiero robi się ciekawie), otwarty bagażnik, a tam dwie kolumny głośników i pełny regulator. A obok to samo i pełny regulator.

I jeszcze jedna ciekawostka (ni z gruszki ni z pietruszki) którą własnie przeczytałem. W Argentynie ujście do oceanu rzeki la Plata ma szerokość! (jeszcze raz - szerokość) - 220 km.

1. już dwie osoby pytały mnie z kim jadę, kto to jest ta Ola. Nie będę rozwiewał wątpliwości, a chcących na prawdę się dowiedzieć odsyłam to zeszłorocznej relacji z Quito.

2. teraz na kilometr widać, że jestem gringo, bo w Buenos Aires spokojnie mogłem uchodzić za miejscowego.

3. Michał (pytanie do Michała) - jaki Michał?

Wysłane przez a.gogolewski 16:23 Kategoria Paragwaj Komentarze (0)

Villarrica

podróże doświadczają

Rzut okiem na mapę, szukanie palcem i tu: Villarrica (stolica departamentu Guaria), jedna z najstarszych miejscowości w Paraguay'u.. Obok (jakieś 32km) są najwyższe w Paraguay'u góry (choć wysokość 820m nie robi wrażenia) i jeden z bardziej popularnych w Paragway'u wodospadów Salto Cristal (jakieś 36km). Paragway nie jest zaliczany do państw "turystycznych", gdzie jest sporo atrakcji i dlatego brak turystów (z zewnątrz), co też jest fajne.
Przejazd jakieś 320km, dość długo ponad 5 godz.), bo zabiera każdego po drodze, kto machnie, wjeżdża do większości miejscowości przy trasie i wysadza każdego gdzie chce.
Na dworcu szok termiczny. Wysiadam z klimatyzowanego autobusu na zewnątrz, gdzie termometr pokazuje 37st., miało być ciepło, ale nie aż tak. Czułem jak mi się smażą włosy na nogach. No ale trudno się dziwić, skoro jestem na 25' szerokości geograficznej (południowej), a o ile pamiętam równoleżnik Koziorożca jest na jakimś 23', jako że zaraz mamy przesilenie zimowe (tu letnie) a ja poruszam się na północny zachód, to zaraz przestanę rzucać cień.
To co bardzo się tutaj podoba to "ekologiczne" taksówki - konny wózek (carumbé)large_pojazd.jpgkolejka.jpg.

(dzisiaj - wtorek 11.12 Powinien być oddzielny wpis pod nazwą" Podróże doświadczają)
Rano (koło 8:00 już 32st.) postanowiłem zobaczyć Salto Cristal. Spytałem się w hotelu czy jest możliwość dojechania transportem publicznym, potwierdzenie (spytaj się na dworcu, który autobus) i że miejsce jest piękne, tylko trzeba trochę dojść. Na dworcu pytanie o Salto Cristal, wskazanie autobusu, który właśnie podjechał (z jakąś nic nie mówiącą tablicą docelowego miejsca), poinformowanie przez "biletowego", że do przejścia będzie jakieś 6 km (przy tej temp. to sporo, ale się posmarowałem filtrem), no to w drogę. Wszystko poszło tak sprawnie, że nie było cienia wątpliwości. Ale zaraz się zacznie!
Pierwsze zdziwienia kiedy płaciłem za bilet. Nie to, że było drogo, ale że było to 1/3 ceny ostatniego biletu (a tam jechałem 320km). Potem wjechaliśmy w nicość: wjechaliśmy na drogi, których nie ma na mapach. (gliniane, podziurawione, wąskie, średnia prędkość jakieś 15km/godz.) przejeżdżaliśmy przez jakieś malutkie wioski (a raczej pojedyncze z rzadka rozrzucone domy). Mija godz. potem druga, jedyne co dobre to cały czas widać te Coldyliery (tak jakbyśmy je objeżdżali). Minęła 3 godz. (dochodzi południe); na pytanie jak daleko jeszcze - jeszcze trochę. W pewnym momencie zdębiałem, bo biletowy wyciągnął gdzieś tablicę kierunkową (Asunción) i umieścił ją na przedniej szybie, czyli (w mojej głowie z lokalnego autobusu zrobił się międzymiastowy). Po jakiejś 0,5 godz gdy zaczął sygnalizować że już prawie, kontrolnie zapytałem się kiedy jest ostatni powrotny autobus. Odpowiedź: Dzisiaj już nie ma, następny będzie JUTRO RANO. A ja właściwie nic ze sobą nie zabrałem: picie, kąpielówki, trochę drobnych)
I tu zrozumiałem że podświadomie przyjąłem, że system transportu publicznego działa tak jak w tych krajach ameryki poł. gdzie podróżowaliśmy. Czyli wielkie (piętrowe) autobusy na długie trasy przelotowe, duże autobusy na trochę krótsze trasy między dużymi miastami i mnóstwo lokalnych "colectivos". Colectivo obsługuje połączenia między dwiema sąsiednimi miasteczkami i okolicznymi wioskami. Są małe (może byś rozbudowane auto na 5-6 osób, mini busik na 8-12 osób lub mały autobus do 30 osób), jeżdżą na okrągło
I wtedy uświadomiłem sobie, że (i) nie widziałem tu colectivos i (ii) zrozumiałem, że autobusy dalekobieżne przejęły rolę colectivos i dlatego tak się kręcą po okolicznych drogach, ale jeżdżą rzadko.
Tak więc rozpaczliwe dopytywanie się o jakąkolwiek opcję dojazdu do Villarrica. Coś wymyślił i aby nie zanudzać trasa zajęła mi (oczywiście bez dojścia do wodospadu) prawie cały dzień i przejechałem w sumie jakieś 240 km.strus.jpg

Dzisiaj - (środa 13.12) dzień na poznanie miasteczka. Chociaż chodzenie tylko przez jakieś 2 godz (skwar, ale pochmurno) uświadomiły mi, że jednak miałem fart, że nie spróbowałem przejścia 6 km (+6 powrót) w pełnym słońcu (pomimo wszystkich filtrów) przy 38 st. Katedra
large_katedra.jpg i ratusz e08201e0-fe77-11e8-ba89-459836d2cf8f.jpg. Po południu spadł deszcz i znacznie się ochłodziło, jak przyjemnie swobodnie chodzić po miejście.

Wysłane przez a.gogolewski 18:02 Kategoria Paragwaj Komentarze (0)

San Estanislao

czyli św. Stanisław (Kostka)

I gdzie teraz? Skwar taki, że nie chce się nawet wychodzić z klimatyzowanego pokoju, ale brak wody (miejscowy basen w remoncie). Nazwa jednej z miejscowości brzmi ciekawie: San Estanislao (w skróci Santini) i jak sprawdziłem, została tak nazwana na cześć św. Stanisława Kostki. Kierunek trzyma, to w drogę.large_Santini.jpg.

W międzyczasie kilka spostrzeżeń ogólnej natury:
(i) tutaj wcale nie czuje się jakiegokolwiek zagrożenia. W innych krajach często widziałem zabarykadowane domy (wysokie mury, pancerne bramy, druty kolczaste i szkła), pozamykane kratami małe sklepy, tylko z małym okienkiem do sprzedaży. Tutaj tego do tej pory w ogóle nie zobaczyłem, a nawet niektóre domy nie mają w ogóle krat w oknach.
(ii) znowu muszę nauczyć się tutejszych pór dnia. W Argentynie można było coś zjeść w południe a potem dopiero późnym wieczorem,. Tutaj większość sklepów i restauracji działa do późnego popołudnia a wieczorem prawie wszystko jest pozamykane. Co wydaje się mało logiczne. W dzień jest 38 st. i dopiero wieczorem robi się trochę normalniej (choć trudno to nazwać chłodniej). No i w niedzielę też prawie wszystko jest zamknięte (łącznie z restauracjami - co już jest sporym przegięciem).
(iii) w Paraguay'u są dwa oficjalne języki: hiszpański i guarani (zresztą tak samo nazywa się tutejsza waluta).

Miasteczko malutkie, takie na obejście w 15 min. W samym środku oczywiście kościół św. Stanisława Kostki kosciol.jpgtabliczka.jpgi skwerek z cieniem. Ten cień jest najważniejszy. Temperatura w dzień trzyma 36-38 st, jest taki żar, że "wysysa" chęć do robienia czegokolwiek i całą uwagę trzeba skupić jak przejść następny kawałek możliwie nie wychodząc na słońce. Nic tu specjalnie nie ma, a więc idealne miejsce do "nicnierobienia". Aby zatrzymać się na dłużej trzeba jeszcze aby była woda do pływania i temperatura niższa o jakieś 8-10 st. (da się znaleźć).

Wysłane przez a.gogolewski 12:24 Kategoria Paragwaj Komentarze (0)

Yby Yau

Dojechałem do YbY Yau leżącej na końcu drogi na północ. Stąd już rzut beretem do Brazylii (na północ lub wschód) lub za zachód do Concepcion (w Paragwaju). W Concepcion można wsiąść na statek towarowy (pływa raz na tydzień) i 5-6 dni popłynąć po rzece Paragway (podobno już są jakieś barierki na statku), zatrzymując się w każdym porcie po drodze (nie ma dróg), do rejonu który nazywa się Pantanal (największy na świecie obszar zalewowy). Pantanal obejmuje obszar głównie z Brazylii (Mato Grosso), ale także Boliwię i Paragwaj.
A jak by się nie chciało statkiem, to można przebijać się dalej na zachód od Boliwii. Z tym, że ta część Paragwayu jest znacznie większa i znacznie bardziej pusta (prawie nie ma miast i kilka dróg na krzyż). Miałem już tego przedsmak jadąc do Yby Yau. Wielki ogrodzone rancha (estacion) ze stadami bydła i gdzie nie gdzie (rzadko) w oddali jakieś zabudowania.
Teraz muszę zdecydować, gdzie dalej. A jak nie wiadomo co robić, to trzeba przespać się i poczekać.
Tu nie ma nic. Tzn. jest kościół, ratusz, placyk, dworzec autobusowy, kilka hotelików, hosteli, knajpek i sklepików. 73f61ac0-054d-11e9-95ab-b52328f1353c.jpg

Wysłane przez a.gogolewski 10:29 Kategoria Paragwaj Komentarze (0)

Concepcion

Dojechałem do Concepcion i rzeki (Paragwaj). large_paragway.jpg. W drodze tutaj autobus miał awarię. Zgasł silnik, od razu wysiadła klimatyzacja i wszyscy wyszli na zewnątrz. I co ciekawe, nikt się nie denerwował (w ogóle są spokojni i mało hałaśliwi), obsługa autobusu wyniosła picie i kubeczki. Zadzwoniono po pomoc. Do najbliższego miasteczka było jakieś 30 km. I pełne (dla mnie) zaskoczenie, po jakiś 30 - 40 min podjechał nowy, pusty. Czapki z głów (przy okazji zastanowiłem się ile czasu czekałbym w Polsce w takiej sytuacji na nowy autobus).

To chyba dobre miejsce na Święta (Concepcion czyli Poczęcie, a obok jest miejscowość Belem, czyli Betlejem). Przy okazji Wesołych Świąt dla wszystkich.
Miasto w miarę ładne. large_palac.jpg W części przy rzece, na głównych alejach sporo domów pamiętających czasy, gdy Cocepcion był kwitnącym portem rzecznym.
large_concepcion.jpg.

Chociaż kilka przecznic dalej wygląda to "normalnie".boczna.jpg a także życie miasta jest takie jakie przewidywałem. Wieczorem, po 17:00 znowu otwierają się wszystkie sklepy i knajpki (także w niedzielę). Zresztą niedziela jest ciekawym dniem do obserwacji życia. Po południu przed prawie wszystkie domki wystawiane na ulice są krzesła (fotele, kanapy) i w zależności od składu i wieku osób albo krąży mate (rodziny i starsi), albo piwo i gitary (młodsi lub mężczyźni), albo wystawione są także głośniki i wali muzyka. I tak 3-4 godz.
Nareszcie spadł deszcz i od razu spadła temperatura do 28 st. (idealnie). Zresztą w prognoza przewiduje kilka dni deszczowych (ostatecznie jest teraz pora mokra). Spróbowałem wykąpać się w rzece. Nie jest to kryształ, ale jak kąpią się miejscowi, to nie jest bardzo źle.

i jeszcze jedna uwaga natury ogólnej. Jestem w Paragwaju już dość długo i nikt nigdy mnie nie zaczepia (no chyba że jestem u progu sklepu lub restauracji).

Wysłane przez a.gogolewski 14:48 Kategoria Paragwaj Komentarze (1)

Granica Paragwaj - Boliwia

Święta święta i po świętach. Tak naprawdę, gdybym nie wiedział jaka jest data, to z zachowania ludzi nie domyśliłbym się, że są Święta. No, może huk petard i trochę więcej ludzi siedzących na krzesełkach przed domami.
Do portu w Concecion dopłynął statek, którym mógłbym 5-7 dni popłynąć w górę rzeki (do granicy z Boliwią i Brazylią). Ale nie jestem na tyle odważny. No może wsiadłbym aby popłynąć na drugą stronę rzeki (na Bramaputrze pływaliśmy w gorszych), ale w takiej metalowej puszcze tyle dni, to nie.
Jak odpada statek, to zostaje przebijanie się przez Paragwaj do Boliwii. I tu kolejny zgryz. Mam na trasie miejscowość Pozo Colorado (krzyżówka dróg łapiących połączenia z Asuncion, ze stolicy), ale na dworcu namawiają mnie, abym jednak pojechał do Asuncion i ruszył stamtąd (to dodatkowe 280 km + tyle samo z powrotem). trochę nie wierzę, więc pytam się w innym biurze i taka sama rada z wyjaśnieniem. Jest tylko jedne nocny autobus, który wyjeżdża z Asuncion o 19:00 lub 20:00. Tak więc na skrzyżowaniu będzie koło 23:00-1:00 w nocy. No trudno, jadę do Asuncion (pierwsze 6 godz.).
Na miejscu okazuje się, że jest już tylko jedno miejsce (przy kibelku, co będzie miało znaczenie) na autobus do Boliwii. Kupuję bilet do pierwszej większej miejscowości po stronie boliwijskiej. Jak się potem okaże nie miałem szans na wejście do tego autobusu, poza Asuncion. Kierowca odebrał wydruk wszystkich pasażerów (z danymi identyfikacyjnymi), który potem wielokrotnie był sprawdzany (przez policję na drodze, odprawę celną, odprawę paszportową). Według planu odjazd 20:00, przyjazd na miejsce 9:30. Bilet relatywnie drogi, więc zastanawiam się jakie czekają mnie luksusy. A tu szok. Podjeżdża zwykły autobus, luki bagażowe ma zapchane nadanym wcześniej bagażem, więc pasażerowie musza wnieść swoje bagaże do środka (a jest tego naprawdę dużo). Tak więc dokonują się sztuki upchnięcia tego wszystkiego gdzie się da. Po chwili każde wolne miejsce, przejścia są dokładnie zapakowane, o dojściu czy otworzeniu WC można zapomnieć. Do tego nie działa klimatyzacja (no w końcu klasyczna Ameryka Południowa, z tym że to będzie długa podróż), gorąco jak w piekle. Na szczęście wszyscy starają sobie nawzajem jakoś pomóc.
Ruszamy (uf, w końcu przewiew). Jak już pisałem, ta część Paragwaju jest kompletnie pusta. Tzn. są ogromne gospodarstwa (estancia), które ciągną się kilometrami. Z drogi widać tylko busz i zarośla (czasami z tyłu jakieś lasy palmowe) i co jakiś czas pojawia się polna droga do bramy wjazdowej (posiadłości raczej nie widać). Jedno wielki nic, no może kilka malutkich osad po kilka chałupek rdzennych mieszkańców (indigenas).
Po drodze (na mapie jest to największa i prawie jedyna droga przecinająca wschodnią część Paragwaju, choć co jakiś czas znika asfalt i tłuczemy się po polnej) co kilka godzin kontrola policyjna. Na początku tylko sprawdzanie listy pasażerów im bliżej granicy tym trwa to dłużej.
Jak się okazuje nasz połączenie (autobus) jako jedyne obsługuje ten kraniec Paragwaju. Więc co jakiś czas przy bramie estanci czeka gość na odbiór przewożonego towaru. W pewnym momencie zrobiło się na tyle luźno, że można było na chwilę odblokować dojście do WC i skorzystali z tego pasażerowie ostatnich trzech rzędów (inni nie mieli szans przedrzeć się przez barykadę bagaży) i wtedy mogłem błogosławić los, że dał mi te miejsce.
Koło 8:00 autobus wjeżdża na odprawę celną (no, to będziemy w miarę na czas). Wszyscy wychodzą, wynoszą całe bagaże i otwieranie każdego pakunku (szczerze mówiąc nie wiem po co). Do autobusu (teraz upychanie bagażu trwa już sprawniej) i jak się można spodziewać podjedziemy do kontroli paszportowej, ale nie. Jedziemy dalej po odludziu jakąś godz., wyrzucamy kolejne paczki i zaczynają wysiadać kolejni ludzie. Po tej godz dojeżdżamy na jakiś kolejny posterunek policji i znowu rozkaz: wysiadać z bagażami. I tu po raz pierwszy kilka osób zaczęło się denerwować: po co skoro wszystkie bagaże zostały sprawdzone przy odprawie celnej. Robi się gorąco. Do autobusu. Jeszcze jakieś pół godz. i dojeżdżamy do granicy. Tak pustego i odizolowanego przejścia granicznego jeszcze nie widziałem. No trzeba pamiętać, że całkiem niedawno w tym okolicach toczyły się walki w wojnie Chaco (tak nazywa się ten region)
W szczerym polu (w okół absolutnie nic, żadnych straganów o domach czy osiedlach nie wspominając) stoi budynek odpraw (wspólny dla Paragwaju i Boliwii) i boliwijska kontrola bagażu. Wszystko idzie szybko. Jesteśmy jedyni na granicy, zresztą ruchu na tym pustkowiu prawie w ogóle nie ma. Pakujemy bagaże (teraz już wolne są luki bagażowe) więc robi się luźno i witaj Boliwio.
Dalej wszystko proste. Villa Monte, znaleźć jakiś hotel, wykapać się i przespać, ale o tym następnym razem

Wysłane przez a.gogolewski 09:55 Kategoria Boliwia Komentarze (1)

VillaMontes

Bolivia

O VillaMontes nie wiedziałem przed przyjazdem nic. Była to po prostu pierwsza miejscowość w Boliwii po przekroczeniu granicy. I co za niespodzianka. Miasteczko bardzo mnie zaskoczyło (in plus), zwłaszcza tak zwana przestrzeń publiczna. Przywitało mnie dosłownie i w przenośni częstując mate. large_mate.jpgZadbane place, park.jpgszerokie ulice, dużo zieleni.aleja.jpg Dodatkowo wszystko ładnie utrzymane, w to wkomponowane są ciekawe rzeźbylarge_rzezba1.jpg, large_rzezba_4.jpglarge_rzezba_2.jpgwymyślna architektura. Miasto położone jest nad rzeką (Pilcomayo), a w tle (bliskim) okolone górami. large_rzeka.jpgTak więc w zasięgu kilku godzin jazdy można uciec od skwaru (dalej 36-38 st, na upał narzekają także miejscowi, bo tak gorąco dawno nie było) na jakieś 2000 mnpm. Chociaż bliskość gór (szerokie, przewiewne ulice) dają trochę wiatru. A co więcej jest tutaj basen basen.jpg (w ogóle jest tutaj kilka boisk sportowych, place zabaw). Pierwsze popołudnie (i na pewno dużo kolejnych) gdzie człowiek się nie męczył i można było się rozkoszować ciepłem ((w cieniu po wyjściu z wody). Książka, krzyżówki i do wody (i tak w kółko). Szybko stąd nie wyjadę, zwłaszcza że jedzenie smaczniejsze niż w Paragwaju.

I jeszcze jeden komentarz na temat wojny del Chaco. Bo czuć ja na każdym kroku zarówno po stronie paragwajskiej (place, pomniki, tablice ku czci zwycięskiej armii, koszary) jak i boliwijskiej (place, pomniki, tablice ku czci bohaterskim obrońcom, koszary). Bo nazwa tej wojny wzięła się od nazwy tego terenu Chaco (gdzie teraz jestem i przez który przejeżdżałem w Paragwaju (ten kompletnie pusty, choć ma obszar taki jak Francja).artyleria.jpg. Wojna trwała przez trzy lata (1932-1935). Paradoks tej wojny polegał na tym, że (i) toczyły ją dwa biedne kraje, wydając krocie na armię (bo była to niestety wojna nowoczesna: z samolotami, czołgami i ciężkim uzbrojeniem) (ii) oba kraje jakieś 60 lat wcześniej wycierpiały i straciły sporo swojego terytorium w innych wojnach (Paragwaj = z Brazylią, Argentyną i Urugwajem a Boliwia z Chile). Fakt, że Chaco był terenem spornym i jak się straciło tereny gdzie indziej to wzrastał apetyt na ten obszar (zwłaszcza, że były przypuszczenia że może jest tu ropa). Trwały rozmowy mające doprowadzić do podpisania paktu o nieagresji i przy okazji jakoś ten obszar podzielić. I jak zwykle wtrącił się sekretarz stanu USA proponując, aby strony dostały te obszary, które zajmują w chwili podpisania paktu. Czy trzeba silniejszej zachęty do wojny.
Zakończenie wojny było kilkuetapowe. Najpierw podpisano umowy o zaprzestaniu wojny (12. 06. 1935). Potem (znowu pod wpływem nacisków USA) podpisano umowę o podziale spornego obszaru (9.07.1938) a tuż potem umowę o Pokoju, Przyjaźni i Granicy, a dopiero w 2009 r. podpisano umowę o ostatecznym przebiegu granicy.
I bogatszy o tę wiedzę przestaję się dziwić, dlaczego to przejście graniczne jest tak puste (a innego chyba nie ma).

Wysłane przez a.gogolewski 16:24 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 10 z 21) Strona [1] 2 3 »